Słowo przewodnie

„Jaki więc Ty uczynisz znak, abyśmy go zobaczyli i Tobie uwierzyli? Cóż zdziałasz? Ojcowie nasi jedli mannę na pustyni, jak napisano: Dał im do jedzenia chleb z nieba”.

Żądanie od Jezusa innego znaku niż rozmnożenie chleba dla potwierdzenia, iż On sam jest Mesjaszem i przychodzi od Boga, należy rozumieć jako wyraz małej wiary lub jej brak. Czyż chcieć widzieć „coś” takiego, co mnie wreszcie przekona i doprowadzi do wiary nie jest sprzeczne samo w sobie? Wiara jako wolny akt jest wyborem, a nie przymusem, „gorącym porywem serca, a nie chłodnym wnioskiem niepodważalnego stwierdzenia”. Bóg tak kocha naszą wolność i wybór, dlatego istnieje – jak się wydaje – „taka sama ilość śladów dla wiary i niewiary” (Vitorrio Messori), abyśmy wybrali rozumem i sercem, uwierzyli z całego serca i wszystkich sił i zostali nasyceni przez komunię miłości.

Jezus cierpliwie koryguje i prowadzi słuchaczy do odkrycia, że zarówno to, co się dokonało przez cud manny na pustyni za czasów Mojżesza, jak i to, co się stało na drugim brzegu jeziora przez rozmnożenie chleba, wskazuje na obfitość daru Bożego. To nie Mojżesz „dał”, ale Ojciec „daje”. Bóg jest hojny w teraźniejszości, zawsze w tym dniu, dzisiaj. Bóg w swej Opatrzności podtrzymuje nasze życie, dzięki darom Bożym, czasami dzięki niewyjaśnionym od razu dla nas interwencjom Bożym. Ojciec troszczy się również, a może przede wszystkim o pokarm dla naszego spragnionego ducha, o zbawienie. Pokarmem, który może nasycić naszą duszę, jest Osoba Zbawiciela, Jego Słowa, posłuszeństwo Jego Słowom, a wreszcie obecność w Eucharystii. Utożsamia więc Jezus chleb z sobą i mówi; „Ja Jestem chlebem życia” (J 6,35).

To pragnienie jest w każdym z nas: „abyśmy go (znak od Boga) widzieli i Tobie uwierzyli” (J 6,30). Widzę Hostię, Krzyż, słyszę i dotykam Słów Ewangelii… Kto się nie nasycił, jeśli z wiarą spojrzał i z miłością spożył Pana? Jaki chleb codzienny – oprócz siebie samego tak bliskiego – Pan może nam dać na drogę ku sobie w życiu wiecznym? Ojciec nieustannie wskazuje na Chleb, Chleb wskazuje na Syna Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego – Żyjącego, a Syn zawsze bliski mówi: „Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął”

o. Andrzej Prugar

Oczy są po to, by patrzeć; dusza jest po to, by pragnąć (przysłowie gagauskie

 

Piekarnia u Szczepuna

 

Joachim Posmyk ur. w 1952r. prowadził ostatnią prywatną piekarnię w Pietrowicach. Ukończył technikum mechaniczne w Nysie i zatrudnił się w firmie Polmos                  w Raciborzu. Założył rodzinę, licha pensja technologa nie wystarczała na życie, postanowił więc przekwalifikować się na piekarza i przejąć piekarnię po ojcu. Pod koniec lat siedemdziesiątych rusza piekarnia  u Szczepuna. Joachimowi pomaga jeszcze ojciec Leon. Piekarnia pracowała od wtorku do soboty włącznie. W tych dniach otwarty był również sklep, który prowadziła matka Joachima Anna. Sklep otwierano o 6:00 i w zasadzie po pół godzinie można było go już zamknąć z powodu sprzedania całej ilości chleba, bułek i rogali. Podłużne chleby ważyły wtedy  1,5 kg       i były smaczne przez cały tydzień. Dla ostatnich w kolejce towaru już brakowało. Gdy autor tego artykułu czasami wstał za późno to wracał do domu bez chleba. W sobotę piekarnia świadczyła usługi pieczenia ciast i kołocza dla mieszkańców. Pieczono też chleb na zamówienie dla  rolników z dostarczonej przez nich mąki. Jedna ze słamionek, w której wypiekano chleb pewnego rolnika, miała średnicę większą niż pół metra. W 1987 roku Jochi dodatkowo otworzył lodziarnię lodów włoskich u Nyry na Zawodziu. Dziś jest tam sklep „Tanioch”. Przed Wielkanocą w 1988 roku postanowił   z rodziną wyjechać do Reichu na besuch i już stamtąd nie wrócił. Miał dość socjalistycznej rzeczywistości. Po wyjeździe Joachima do Niemiec ojciec prowadził piekarnię jeszcze około roku i ostatecznie ją zamknął.

Leon Posmyk (1921-2011) po ukończeniu szkoły podstawowej uczył się fachu piekarza u swego ojca Szczepana. Ożenił się z Anną Waclawczik (Nyra)(1922-2002). Mieli dwóch synów: Joachima (Jochi) i Wilhelma (Wili).  Przed i po wojnie piekarnia pracowała 3 dni w tygodniu: wtorki, piątki i soboty. W piątki i soboty dodatkowo można było upiec sobie przyniesioną blachę kołocza. W sobotę dodatkowo oferowano wyroby ciastkarskie: torty, pikelschnity, wintbeutle (ptysie), rolady i napoelonki. Wszystko o niespotykanym już dziś smaku. W latach 1958-59 Leon zmodernizował piec na większy i wydajniejszy. Uprawiał też odziedziczone po ojcu 3,5 ha pola. Zawsze hodował przynajmniej dwie krowy, które stanowiły dodatkowo siłę pociągową gospodarstwa. Był jednym z ostatnich rolników dokonujących orki zaprzęgiem krowim. Krowy sprzedał dopiero w pod koniec lat siedemdziesiątych, co jego żona Anna przyjęła z płaczem i słowami: „Kto teraz nas budzie żywić ?”

Ojciec Leona, Szczepan Posmyk (1894-1964) dał początek całemu przedsięwzięciu. Był  bratem Józefa Posmyk (Kubulka),właściciela tartaku i kilku innych firm. Pochodzili oni z ul. Konopnickiej. Szczepan ożenił się z Anielą Steuer, która mieszkała tam gdzie dziś rodzina Wilhelma Posmyk. Aniela była siostrą mojego dziadka Leona Steuer. Szczepan do działki małżonki dokupił sąsiednią działkę rodziny Kutschera, gdzie znajdowała się mała kuźnia. Z tego zbudował piekarnię, która przetrwała trzy pokolenia. Szczepan wyjechał do Niemiec w 1956 roku, gdzie były już jego dzieci: Felli, Paula i Jorg. W Pietrowicach pozostał tylko syn Leon.   c.d.n.

 

                                                                                                           Bruno Stojer