Słowo przewodnie

W Encyklice Fratelli tutti wyraziłem troskę i pragnienie, które wciąż zajmują ważne miejsce w moim sercu: „Po zakończeniu kryzysu zdrowotnego najgorszą reakcją byłoby popadnięcie jeszcze bardziej w gorączkę konsumpcjonizmu i w nowe formy postaw samozachowawczego egoizmu. Daj Boże, aby w końcu nie było już innych», a tylko «my»”  Perspektywa ta jest obecna w samym stwórczym planie Boga. On stworzył nas jako mężczyznę i kobietę, istoty różne i uzupełniające się, abyśmy razem tworzyli «my», które miało stale rosnąć wraz pomnażaniem się pokoleń. Bóg stworzył nas na swój obraz, na obraz swego Jednego i Trójjedynego istnienia, komunii w różnorodności.

Historia zbawienia dostrzega zatem pewne my na początku i pewne my na końcu, a w jej centrum znajduje się tajemnica Chrystusa, który umarł                           i zmartwychwstał, „aby wszyscy stanowili jedno”. Obecny czas pokazuje nam jednak, że «my», którego pragnie Bóg, jest rozbite i rozdrobnione, zranione i zniekształcone. A okazuje się to szczególnie w momentach poważniejszych kryzysów, tak, jak obecnie w przypadku pandemii. Zamknięte i agresywne nacjonalizmy oraz radykalny indywidualizm rozbijają czy też dzielą nas, zarówno w świecie, jak i w obrębie Kościoła. A najwyższą cenę płacą ci, którzy najłatwiej mogą zostać innymi: cudzoziemcy, migranci, zmarginalizowani, ci, którzy mieszkają na peryferiach egzystencjalnych.

W rzeczywistości wszyscy znajdujemy się w tej samej łodzi i jesteśmy wezwani do zaangażowania się, żeby nie było już więcej murów, które nas oddzielają, aby nie było więcej innych, ale tylko jedno my, tak wielkie, jak cała ludzkość. Dlatego też korzystam z okazji jaką stanowi ten Dzień, by zwrócić się z podwójnym apelem o wspólne podążanie ku coraz większemu my, a zwracam się przede wszystkim do wiernych katolików, a następnie do wszystkich mężczyzn i kobiet świata.

Fragmenty Orędzia Papieża Franciszka
na Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy

 

Największą mądrością jest umieć jednoczyć, nie rozbijać.

 Kardynał Stefan Wyszyński

 

U kowola

Kiedyś kowal był ważną osobą na wsi. Z czasów mojego dzieciństwa(lata sześćdziesiąte XX wieku) pamiętam dwie czynne kuźnie w Pietrowicach, u Osadnika we Widonczu i u Maćka na Welkej Stranie. Pracowała też wtedy kuźnia na kolei. Grzebiąc w przeszłości wioski znalazłem w Pietrowicach aż siedem kuźni, które były czynne w różnym czasie. Przedstawimy je po kolei. Jedną z podstawowych czynności kowali było kiedyś podkuwanie koni i krów. Przeważnie do 1945 roku kowale sami wykonywali podkowy, z kuska żeleza. Po wojnie kupowali już gotowe podkowy hurtowo. Należało je jeszcze dopasować do konkretnego kopyta danego konia. Częstą robotą kowala było ostrzenie lemieszy(żelezek) do konnych pługów.  Dobrze naostrzone lemiesze, to łatwiejsza praca dla konia. Jedną z największych rzeczy jaką wykonywał kiedyś kowal, był  wóz tzw. rafiok. Był on wykonywany we ścisłej współpracy z kołodziejem (kolorzem nebo stelmacherem), który wykonywał wszystkie elementy drewniane, a kowal wszystkie metalowe. Na drzewiano ukoć (drewniana felga, obręcz) składająca się z 6 drewnianych części nabijała se żeleźno rafa (obręcz). Dwanast szpajchów(szprychy) nabijało se do hławy koła, w hławie była żeleźno buksa(tuleja). Na zabezpieczynie była tuleja, kera se zawiyrała lunikem (zawleczka). Przednie koła woza- rafioka se obrocały do kupy z ojem(dyszel), kere se wraziło do śnicy (sznicy). Na śnica dowało se zyhławek i do postrzedka sworzyń. Z przedku woza dowało se obyrtel  (mechanizm obrotowy u woza) Zaś rozwora w rincie łączyła przód   i tył wozu. Kłanice su w zyhłówku. Żeby na wóz szło wiyncy naładować to medzy osiu a kłanicu dowali żeleźne lucznie aż to było mocniejsze. Do stołka były prziwozane wohi a do nich berca, a po tym był usz kuń. Pozdelki woza były hnojnice, poprzyki były szibry. Jak se chciyło dwihnyć hnojnice to se dało eszcze przistawki. Jak koła były na luft, to taki wóz nazywoł se baluniok. Furman abo kuczer siedziył na brecie(desce). Pluh z kolcama(pług konny z parą kół) zamawiało się też u kowala, podobnie jak  brany(brony) i hok(radło) do maszinkowania kobzoli. Kowal kuł też  drobne rzeczy jak: sekyra(siekiera), kopaczki, pantok(zapewne graca), motyka, szpicok (sekyra na rubani ledu), krumpacz (na jednej stranie motyka, na druhe szpica). Metalowe elementy uprzęży konnej jak, napierśnik noszyjek, brdca(orczyk) i wohy(wagi) wykonywał kowal. Najpospolitsze wyroby kowala to zapewne hrzebiki(gwoździe kute) i sztyfty(bolce) przeróżne. Przedwojenni cieśle, przy wykonywaniu wadźby (więźby dachowej) też korzystali z wielu łączników metalowych wykutych w kuźniach.   

                                                                                         Bruno Stojer 

 

     PS. W niedzielę 26 września, o godz. 16.00 w pietrowickim centrum  

                         Bruno Stojer opowie o swojej nowej książce

          „Ćwikel i cukrownia w Pietrowicach Wielkich”.